97

Dziś mija miesiąc od śmierci mamy.. Przez tak długi czas zwlekałam z napisaniem czegokolwiek na ten temat, jakby słowo pisane miało potwierdzać to czego nie potrafię przyjąć do wiadomości i zaakceptować. A teraz, minęło już tyle czasu, uczę się życia bez niej..
Muszę przyznać, że wtedy, w Dzień Ojca jadąc do domu czułam tą śmierć.. Czułam ją od momentu gdy tata kazał mi przyjechać do domu a nie do szpitala, ale pomimo to miałam nadzieję, że spakujemy torbę i pojedziemy do szpitala, do niej..
Wszystko poszło tak szybko, parę łez, zimna krew, zakład pogrzebowy.. Ból przyszedł nocą, wślizgnął się pod koc i przygniótł mnie całym swym ciężarem..
Następny dzień? Ból, płacz i B próbujący mnie uspokoić.
Kolejny? Zimna krew, załatwianie pogrzebu, oznajmianie znajomym, ich łzy i wspaniałomyślny post na facebooku o pogrzebie.. swoją drogą dobrze, że do tej pory nie dowiedziałam się kto to napisał bo ta osóbka mogłaby ustalać już datę swojego pogrzebu.. w gruncie rzeczy to o niczym innym nie marzyłam jak tylko o tym żeby na pogrzebie mojej matki pojawiło się z chorego poczucia obowiązku całe grono ludzi, których nawet nie lubię i z którymi nie rozmawiam, którzy nagle ofiarnie służą i pomocą i w ogóle są ze mną i straaasznie mi współczują. Choć tak naprawdę nie mieli pojęcia co czułam, nie mogli tego wiedzieć bo sama nie potrafiłam tego ogarnąć..
To było tak niespodziewane.. cios obuchem w sam środek czaszki. Pęknięcie. Ból. Moment i wszystko rozsypało się w tak abstrakcyjny sposób, że w pewnym momencie nie potrafiłam ronić już łez, odcięłam się od tego, skupiłam na obowiązkach, bieganiu po urzędach wypychając ze świadomości to co się stało. Pozostało mi w głowie poczucie, że to powtórka z Hiszpanii, że ficzynie jej ze mną nie ma, ale gdzieś jest, czeka, że do niej wrócę, że mogę zadzwonić.. A z drugiej strony uderzała mnie myśl, że nie będzie jej na moim ślubie.. że moje dzieci będą miały tylko jedną babcię.. że nigdy nigdzie jej nie zawiozę, że tak dużo ją ominęło..
W przeddzień pogrzebu byli u mnie przyjaciele, nie potrafili ze mną rozmawiać.. byłam zbyt normalna.. wszystko było tak świeże a ja nie płakałam, nie byłam smętna, pozbawiona chęci do dalszej egzystencji.. w którymś do końca mi nieznanym teraz momencie podjęłam ważną decyzję. Doszłam do wniosku, że pomimo tej ogromnej rewolucji w moim życiu musze jak najszybciej stanąć na nogi i powrócić do normalności. Byłam i jestem zdania, że moje życie się nie skończyło wraz z tą śmiercią, że celebracja tego jak cierpię i jak mi źle jest bez sensu, smutek niczego nie zmieni, a ja nie mam zamiaru padać na podłogę z płaczem, czekać aż ktoś mnie z niej podniesie i dziękować tej osobie za jej wspaniałomyślność.
Jednocześnie stałam się za to ofiarą publicznego linczu. Karcące spojrzenia sąsiadów ilekroć wychodziłam z domu, niemal chamskie ‚dzień dobry’ wymieniane przed blokiem.. I ciężar, straszny ciężar wizyt u dziadków a rodziców mamy.. Nieustanny płacz babci, jej pytania czy spałam w nocy, czy dużo płaczę, i zapewnienia, że noce mijają bezsennie na mokrej poduszcze wówczas gdy sypiam normalnie z suchymi powiekami..
Pogrzeb.. gdy przywieźli trumnę zamarłam.. To już nie była moja matka, to nie była jej twarz, to nie ona leżała w jej ubraniach.. była tak inna od siebie, miała taką.. inną twarz. Wolałabym jej takiej nie pamiętać..
Łzy i kamienna twarz. Wszystko działo się gdzieś wewnątrz. Za dużo z samego pogrzebu nie pamiętam.. Wieczorem B był przy mnie, nic nie mówił. Po prostu był.. Ciągle był.. przez te wszystkie dni niemal codziennie, aż sumienie zaczęło mi szeptać, że za bardzo go wykorzystuję, a on.. wciąż chciał być. Nawet jeszcze bardziej niż przedtem. Wiedział, że to jedyne co może zrobić i coś czego tak strasznie potrzebowałam.. Nie wiem co bym bez niego zrobiła..
Zakończenie roku..moje osiemnaste urodziny.. 
Batalia z babcią o białą koszulę, której ponoć nie wypadało mi zakładać i o rozpuszczone włosy, które też były z jakiegoś powodu nieprzyzwoite..
Rozbawił mnie ten dzień. A zwłaszcza moment gdy weszłam do klasy i na ułamek sekundy zapadła cisza a większość odwróciła się plecam nie odpowiadając na moje przywitanie i udając, że mnie nie zauważyli.. Zabawne, tak się zachowywali Ci, którzy ofiarnie kazali do siebie dzwonić w razie potrzeby o każdej porze dnia i nocy. Zachowywali się tak jakby się mnie bali, bali się ze mną rozmawiać.. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie mam im tego za złe. Bo gdy ma się 18 lat nie myśli się o śmierci, człowiek ma wtedy wrażenie, że jego życie dopiero się zaczyna, że może wszystko i nic złego nie może mu się przydarzyć.
Rozmowa z pedagogiem.. ta kobieta sporo mi uświadomiła. Wyciągnęła ode mnie informacje o relacji z tatą, dziadkami, przyjaciółmi, statusie materialnym i tego typu rzeczach, co swoją drogą miało nieco formę przesłuchania.. Była zaszokowana i otwarcie mi to powiedziała. Szokowała a wręcz rzekłabym przeraziła ją moja postawa.. to, że potrafiłam doprowadzić się do absolutnej normalności w tak krótkim czasie. Uznała to za grę pozorów, pokazówę ukrywającą prawdziwą gorycz. To takie nienormalne, żyć normalnie z piętnem czyjejś śmierci.. Dzięki tej rozmowie mam poczucie, że jestem już niezniszczalna, że już nic gorszego nie może mi się przydarzyć..
Mam 18 lat, uczę się żyć od nowa w świecie gdzie wszystko nosi znamiona jej obecności, uczę się nowych ról, robię prawo jazdy, doceniam ludzi, niektórym dałam czystą kartę..
Czasem płaczę, gdy coś mi się przypomni..

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*