143

Mam już dziewiętnaście lat. Pod powiekami szkli mi się smutek.
Bo cóż z tego, że mam urodziny? Nic się nie zmieniło, nie stałam się mądrzejsza, nie urosłam, ryj wciąż jednakowo parszywy, a ja zażarcie pielęgnuję swoje wady.
Z czego powinnam się cieszyć? Że udało mi się powitać trzysta sześćdziesiąt pięć kolejnych poranków? Że od roku konsekwentnie myślę wciąż o tym samym? Że pół roku minęło mi pod znakiem bezproduktywnej tęsknoty?
Przyszły wyniki matur, powinnam się cieszyć, ale nie potrafię. Zdałam niewyobrażalnie dobrze, wszyscy są dumni, znajomi zazdroszczą, bramy Everestu moich marzeń wydają się być otwarte. A ja jestem smutna, po tysiąckroć smutna. Zziębnięta i spragniona. Jedyne ciepło, jedyne źródło zrozumienia jakie znam to on. Nie potrafię się cieszyć nie dzieląc mojej radości z nim. Nie umiem – zwłaszcza dziś – zaprzeczać temu, że go potrzebuję. Dlaczego spośród tylu ludzi to akurat jemu przypadła w udziale instrukcja jak mnie obsługiwać? Skąd zawsze wiedział jak ze mną postąpić, czego w danej chwili potrzebuję?
Jedyny mężczyzna, którego kiedykolwiek pragnęłam, mężczyzna, który wydawał mi się kompletnie nieosiągalny, o którego zawalczyłam. Jedyna osoba która poznała dwa największe tabu mojego życia, jedyny przed którym obnażyłam moją wrażliwość. Być może żyję jeszcze tylko dzięki niemu. I pomyśleć, że to właśnie niego przy mnie dziś nie było.. i już nie będzie.
Płaczę dziś choć dawno tego nie robiłam, łzy płyną mimowolnie. Czyżby to jakiś hołd dla płaczu, z którym przyszłam na świat?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*