175

W dwudziestym roku mojego życia wreszcie zaakceptowałam w pełni własne ułomności. Jestem świadoma, że nigdy nie będę już wyższa, że blond zupełnie do mnie nie pasuje, że nigdy już chyba nie stanę się permanentnie pewna siebie.
Przyzwyczaiłam się, że rzadko jestem zadowolona z siebie, że z całego serca kocham wszelakie patosy, że bywam bezgranicznie i beznadziejnie smutna.
Nauczyłam się kochać nakrapianą zieleń własnych tęczówek, swą wrażliwość, głupi romantyzm i przypływy uporu. Lubię bladość własnej skóry i sieć zielonkawych żył które przez nią przezierają.

Na równi z tym jak odnajdywałam w sobie tą miłość do siebie, gdzieś w oddali wykwitywały przytyki do każdej z tych drobnych miłości, tak jakby ta akceptacja nie miała racji bytu.

I dziś się przez to czuję gorzej niż zwykle, mimo eMki na tyłku, uśmiechu z powodu tego co w lustrze.
Mam dziurę między mym miniaturowym biustem, dziurę co trąci pustką i chłodem.
Mam kolec pośrodku mózgu, rozdziela mi myśli pomiędzy te o miłości własnej, i te o sześćdziesięciokilogramowej bezwartościowej masie tłuszczu, ścięgien, kości i krwi.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*