176

Ostatnio gwałtownie i cyklicznie budzi się we mnie myśl, że kiedyś pomyliłam pojęcia tak mocno, że do dziś nie byłam w stanie dotrzeć ich zmistyfikowanego charakteru.

Kiedyś czułam, że moja miłość jest bezinteresowna, że kocham bo kocham i tak już jest, musi być i to się nie ma zamiaru zmienić.
A kiedyś, że pokochałam inność, hipnotyzujący smutek jakim pachniał na odległość kilku metrów. Że lgnęłam z ciekawości, a mamił mnie odór niezabliźnionych ran jakie nosił na duszy.
A teraz, od kilku nocy, rzucam się w agonalnych drgawkach zasypana lawiną migawek ze wspólnych chwil. Ostre kawałki szkła z tym co przeżyliśmy, czego się nie udało i tym jak według idealnego scenariusza widziałabym niektóre momenty.
I czuję tylko, że boleśnie skrzywdziłam jedynego człowieka, który rozumiał mój smutek, że zadałam mu cios o stokroć bardziej bolesny niż ta rana, z którą go zastałam.
Pamiętam ten dzień, ten moment w którym zrozumiałam, że jedynym czego pragnę jest ulżenie jego bólowi, że jeśli nie umiem z chronicznej pustki uleczyć samej siebie, to spróbuję choć uratować kogoś innego. Czułam, że to piękne, że taki akt współczucia i chęci pomocy jest dobry. Poczułam się dobra, przydatna. To było dla mnie jak.. mesjanizm, nie znajduję na to lepszego słowa. Po prostu jego szczęście i spokój ducha stały się ważniejsze niż moje własne. Teraz wiem, że mi się udało, że przy okazji wyciągnęłam z dołka tez siebie.

A potem wszystko spierdoliłam zadając kłam większości własnych słów w imię tego co wydawało mi się piękne.
W imię wolności. Wolności, o której naczytałam się tyle w książkach.
W imię pięknej wolności, jaką naszpikowały mnie wyidealizowane scenariusze.
Wszystko po to, aby teatralnie móc oświadczyć „Twoje szczęście jest dla mnie najważniejsze, jeśli nie jesteś szczęśliwy ze mną odejdź i poszukaj go gdzie indziej, dla Twojego dobra nie będę Cię zatrzymywać”

I wciąż mam tą nadzieję tkwiącą jak kolec między sercem, a rozumem, nadzieję, że gdzieś jest szczęśliwy. Jeśli tak jest, cierpienie jakie towarzyszy mi nieprzerwanie od półtora roku będzie stopniowo malało. Wiem jak mogłabym się dowiedzieć co u niego, ale wciąż się tego lękam. Boję się nie wieści, boję się tego jak zinterpretują to ludzie który mogą mi udzielić takich informacji.

Piszę to wszystko i czuję, że całe moje ciało opływa chłodny dreszcz zgarniając okruchy bólu z różnych zakamarków mojego istnienia. Płynie przeze mnie fala cierpienia, rozbija się o falochrony zastawek i zapiera mi dech. Kulę się, mam gęsią skórkę, zwierciadło łez przed oczami i druzgocące poczucie, że ten ból przeniknął przeze mnie w całej ciągłości, we wszystkich wymiarach mojego istnienia. Nie wiem, nie pamiętam kiedy ostatnio coś zabolało mnie tak mocno, kiedy ostatnio ból przezierał mi przez skórę stając się namacalnie widoczny.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*