183

Nienawidzę tych momentów, gdy ktoś niepostrzeżenie wślizguje się do mojej głowy.
Nienawidzę gdy moje życie przestaje być zależne tylko i wyłącznie ode mnie.
Czuję, że tracę moją emocjonalną niezależność na rzecz człowieka, o którym nic nie wiem. To jak łagodna odmiana syndromu sztokholmskiego – sama pomagam mu w napastowaniu mnie spojrzeniem, półsłówkami i ostentacyjnymi gestami, fabrykuję zbiegi okoliczności.
Łapię jego wzrok by móc od niego uciec.
Modlę się o wymianę kilku słów, by móc go zbyć jakimś banałem.
Desperacko pragnę jego uwagi, umieram z niewiedzy i ciekawości jakie są jego intencje. Klnę na rzeczywistość, ze smutkiem, że to nie on jest tak odważny ze swoją inicjatywą.
A jednocześnie, na przekór własnym pragnieniom jest mi wstyd. Wstydzę się tego, że dałam się omotać tak łatwo i w dodatku człowiekowi zupełnie mi obcemu.
Zagryzam usta hamując słowa, by nikomu nie wyznać, że stał się moją słabością. Zbyt mocno przywykłam do tego, że te „wielkie emocje” są moje i tylko moje. Za bardzo boję się utraty kolejnej stałości.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*