191

Zdarzają mi się chwile gdy czuję się ze sobą dobrze, że się sobie podobam i czuję to co określa się jako pewność siebie. Że w lustrze podwieszonym na klubowej ścianie wyglądam kształtnie, że ruchy mam całkiem składne i nie obawiam się cudzych spojrzeń.
I jak wygłodniała łaszę się do cudzego dotyku, do ciepła, miękkich dłoni i kraciastej koszuli pachnącej kokosem. Lgnę do brązowych oczu, nie do końca racjonalnie, z nutką desperacji, z nerwowym drżeniem. Mimowolnie.

I moimi krótkimi, czarnymi pazurami za wszelką cenę próbuję się wczepić w przygody, które zdają się mnie rozmijać.
Och jak bardzo chciałam wspólnie przywitać Słońce, stworzyć ułamek naszej historii, mieć szansę na kolejny rozdział zamiast znów musieć obejść się smakiem. I mimo, że czułam to co czułam i co powinnam czuć, to nic z tego nie wynikło, nigdy nic z tego nie wynika.
Ale chyba nawet przestaje mi być przykro, że kolejny raz zawodzę się na własnych oczekiwaniach.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*