212

Moja wiosna jest podszyta zrezygnowaniem. Poczuwałam chwilami, że zostałam opuszczona przez wszystkich jednocześnie, ogarnął mnie wyrzut, że chciałabym zagarnąć dla siebie to co w moich bliskich najlepsze. Nie lubię swojego lustrzanego odbicia, nie lubię wstawania z łóżka. Jątrzy we mnie dziwny smutek. Czuję się niekomfortowo w moim własnym życiu, jak chyba nigdy dotąd.
Miłość znów straciła w moich oczach, spadła do rangi magicznego słowa, które w domyśle ma przynosić jakieś benefity. Moja miłość przestała cokolwiek znaczyć, być może nigdy jej nawet nie było, zdarzało się przecież, że uczucie wgniotło mnie w fotel, a tu nic.
Zaś jego kocham było puste, stanowiło jedynie klucz do rozwiązania problemów, było miłością zwróconą ku niemu samemu – nie do mnie, a do uczuć jakie w nim wywoływałam.
Nie zgodziłam się na bylejakość, choć teraz mi jej brak. Ganię się za przywiązanie do tej namiastki realizmu, i za naiwność, słabość, za dobrą wolę, zaślepienie i tęsknotę, która czasami się pojawia.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*