224

Mam wielką nadzieję, że sobie poradzę mimo zajmowania pozycji wielkiej przegranej.
Formalność, odtwórstwo, niekreatywne pismactwo, które wysysa ze mnie wszystkie soki.
Po prostu mi się nie chce, życie stało się jałowe, dni topnieją w podobieństwie.
Czekam na kres wakacyjnego antagonizmu sielanki. Potrzebuję dla siebie rygoru. Szczelnych i absorbujących ram dla własnych dni, ażeby nie błądzić. Obawiam się ludzi, przesilenia, zawistnych spojrzeń, obawiam się, że będę za słaba, że moja wola przecieknie mi przez palce.
Muszę odgrodzić się od pociągających wizji zasupłania sobie życia po raz kolejny. Priorytetem jest wyrzucenie z wyobraźni brązowych, posępnych oczu patrzących z pod byka i wszelkich wariantów koegzystencji jakie irracjonalnie narysowałam. Zastanawia mnie, czy byłabym w stanie zaakceptować tak daleko idącą bierność, bo mimo iż nie prędko mi do kamieni milowych, to majaczą mi one gdzieś na horyzoncie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*