230

Happyendy definitywnie nie są dla mnie. Ciężko mi uwierzyć, że popłakałam się przy serialu, w momencie gdy wijący się wokół siebie bohaterowie w końcu wyznali sobie miłość.
To takie piękne – wzajemność, miłość na którą uzyskuje się odpowiedź.
A mnie śnią się wszelakie dramaty, ból, desperacja, strach przed samotnością.
Muszę przyznać, że myślę o wszelakich przeszłościach, o epizodach, o chwilach straconych nie tylko w kontekście miłości, myślę o wszystkich brakach jakie posiadam. O strachu, który mam gdzieś pod skórą w zasadzie od zawsze. Myślę o niejednoznacznych ocenach, jakie wystawiłabym swojej przeszłości, zastanawiam się nad własną naturą, czy bliżej mi do osoby wiecznie zadowolonej, którą cieszą detale, czy jestem bardziej smutna, o czym wspominają niektórzy.

I chyba nie umiem być szczęśliwa, i chyba nigdy nie będę jeśli nie pozbędę się strachu.
Bo ciągle się boję, że ktoś mnie zemnie, zrani i porzuci, a ja kolejny raz nie będę mogła się podnieść. A mimo to we wrażliwości upatruję kotwicy, której się chwycę, rąbka pewności, że wbrew temu przeświadczeniu w końcu będzie inaczej.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*