251

Nie umiem pamięcią wracać tak daleko wstecz by pamiętać życie bez niego.
Teraz już tylko te wspólne weekendy mają znaczenie, tylko one zaczęły się liczyć. Każdy inny powszedni dzień jest jakby za karę, każdą godzinę dzielącą mnie od weekendy cierpliwie minuta po minucie zabijam.

Docieram z łatwością do miejsc, które do niedawna wydawały się odległe i nieosiągalne. Chwilami obietnice nie wydają się straszne tak bardzo, wyobraźnia zaczyna mieścić coraz więcej wizji, którymi się żywię. Miłość stała się naturalna, dojrzewam do śmiałości w słowach i czynach. A jednak pod skórą parzy mnie lęk, że ta sielanka wkrótce się skończy, że rzeczywistość jest taflą kruchego lodu. Obawiam się, że te słodkie miesiące szybko przelecą mi przez palce, że niedorzecznie krótka chwila dzieli mnie od punktu, w którym
moje życie wróci do dawnego ładu.
Trwoży mnie. Choć nabieram przy nim pewności, to wciąż mam jej za mało by nie myśleć o tym, że jest dla mnie zbyt dobry, że jego obecność to za dużo szczęścia jak dla kogoś takiego jak ja.
Obawiam się, że dostrzeże w końcu jak bardzo jestem wadliwa. Jak wiele mam braków, jak niedoskonałe jest moje ciało i jak dużo we mnie różnorakich lęków.

Za każdym razem wielokrotnie bardziej niż mój dotyka mnie jego podły nastrój. Bolą mnie momenty, w których jestem bezradna i nie mogę nic zrobić by ulżyć mu w tym jak ciężka jest codzienność.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*